Urodził się w 1992 roku w Zielonej Górze. Reżyser, scenarzysta, aktor. Swoją edukację filmową potraktował wszechstronnie. Najpierw, w 2016 roku, ukończył Wydział Aktorski Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi, a w 2024 roku, w tej samej szkole, Wydział Reżyserii. Podczas studiów w PWSFTviT wyreżyserował kilka filmów krótkometrażowych – fabularnych i dokumentalnych – do których również napisał scenariusze: „To nie tak”, „Oczy uszy”, „Mech”, „Prawie nikt nie wie”, „Liosza”. Za ten ostatni został nagrodzony m.in. w Bangkoku, Jeleniej Górze oraz otrzymał Grand Prix na festiwalu OKFA w Koninie w kategorii film studencki. Dwukrotnie odbierał nagrodę specjalną w konkursie Papaya Young Directors.

 Miłosz Sawicki Fot. James Hills

Pełnił też inne funkcje przy produkcji filmów poza tą reżysersko-scenariuszową. Jako asystent reżysera pracował na przykład nad filmami „Strefa interesów” Jonathana Glazera, „Chłopi” DK i Hugh Welchmanów, „Dziewczyna z igłą” Magnusa von Horna, „Dziewczyna z Kolonii” Ido Fluka czy „Brzydka siostra” Emilie Blichfeldt. Z kolei jako reżyser obsady współpracował nie tylko przy wspomnianej „Strefie interesów”, ale też przy „Sweat” von Horna (został wówczas nominowany do Nagrody im. Weroniki Migoń).

Sawickiego w szkolnych filmach zawsze interesowali bohaterowie trwający w życiowym zawieszeniu, których lubił zastawać w momencie potencjalnej zmiany. Dla Zuzy i Stefana w „Oczach i uszach” była to chwila odnalezienia porzuconego dziecka nad jeziorem, w „To nie tak” – odchodzenie na emeryturę lekarza, który szuka odpowiedzi na kluczowe pytania o sens swoich życiowych wyborów, a w „Prawie nikt nie wie” – długie rozmowy o pragnieniach i nadziejach Eweliny i Klaudii, kobiet pracujących w sortowni śmieci. Dużo w tych filmach rozedrgania, uporczywych spojrzeń, ale i ciszy – jakby Sawicki chciał dotrzeć do pewnych prawd, ale orientował się, że to nigdy nie jest do końca możliwe.

W filmie „Liosza” (2023), najnowszej z jego etiud i jednocześnie najdojrzalszej, kaliber fabularny jest jeszcze większy. Historia opowiada o ukraińskich braciach, Lioszy i Dmytrze, którzy o agresji Rosji dowiadują się, przebywając w Polsce, z dala od rodzinnego kraju. To kino kameralne w swej naturze, ale świadome faktu, że wielka polityka, chcąc nie chcąc, dotyczy nawet najmniejszych, pojedynczych żyć.

Nieco z tej świadomości przedostało się do projektu, który Sawicki zrealizował w ramach stypendium artystycznego m.st. Warszawy, tym razem jednak temat dotyczy tu o wiele dawniejszych wydarzeń. Autor sięga do XVIII wieku, żeby odnieść się do epizodu z polskiej historii – może i wzmiankowanego w podręcznikach szkolnych, ale nigdy nieopowiedzianego na serio w kinie. Mowa o porwaniu Stanisława Augusta Poniatowskiego, ostatniego króla Polski, które miało miejsce w nocy z 3 na 4 listopada 1771 roku, przy ulicy Miodowej w Warszawie. Całość jest przedstawiona z perspektywy Jana Kuźmy, głównego porywacza, który ostatecznie ochronił króla przed powodzeniem planowanego zamachu.

Efektem realizacji stypendium jest scenariusz filmu pełnometrażowego z wątkami akcyjnymi i melodramatycznymi. Sawicki proponuje trzeźwe spojrzenie na historię, w której losy postaci z piedestału przecinają się z zupełnie pospolitymi życiorysami. Scenariusz w krytyczny sposób odnosi się do czasów schyłku Rzeczypospolitej, a przy okazji stanowi metaforę dzisiejszych problemów rodzimej sceny politycznej. Sawicki wymyślił zarys fabuły już w szkole filmowej, ale dopiero za sprawą stypendium opowieść ta mogła w pełni nabrać kształtu – po kwerendzie potrzebnej do zbudowania przekonującego tła zdarzeń, z należnym temu scenariuszowi przywiązaniem do detalu historycznego oraz po głębokim przemyśleniu potencjalnych motywacji człowieka, który decyduje się porwać króla Polski i, co jeszcze dziwniejsze, po sześciu godzinach puścić go wolno.

Igor Kierkosz